Muzyka to do siebie ma, że nam przywodzi na myśl konkretne skojarzenia, które możemy sobie związać z obrazami, zapachami, czymkolwiek tylko zechcemy. Jeśli chodzi o tego wykonawcę, jednym z pierwszych skrótów myślowych jakie nawiedziły moją pustą główkę, była deszczowa, szarobura, londyńska aura. Jak się okazało, moje przeczucie było trafne, ponieważ formacja jest brytyjska. I robi naprawdę brytyjską muzykę.
Przyznam się bez bicia, że na wszystko z etykietką "ninja tune" reaguję entuzjastycznie. Ale w tym wypadku najpierw była muzyka, a poźniej dopiero szperanie tu i ówdzie w celu pozyskania informacji. Znajoma podrzuciła mi absolutne multum muzyki, o które ją prosiłam. Taką "jej" muzykę. Znalazłam tam wiele wartego uwagi, ale o tym może kiedy indziej ;) - przede wszystkim pierwszą rzeczą która mnie zafascynowała, wręcz zahipnotyzowała, był właśnie Fink. Pierwszy "mój" album: Biscuits for Breakfast. Kolejny: "Distance and Time", który obecnie uważam za lepszy. Ale to się zmienia, kiedyś miałam bzika na punkcie tego poprzedniego. Więc, mną sie prosze nie sugerować podczas wybierania kolejności testowania.
Stonowane, spokojne dźwięki, jednak nie pozbawione ekspresji. Bez przerysowania, kojące, przeszywające, jak gorzka czekolada z chilli, jeśli mam już tak mocno obrazować. Łączą w sobie przeciwstawne pierwiastki, które są idealnie sparowane. Przewijającym się, głównym instrumentem jest gitara, dodatkowo wspomagana przez bas i inne plumkające cuda. Nie będę pisać więcej o stronie technicznej, gdyż aż tak bardzo to się w tej materii niestety - a może na szczęście - nie orientuję. Za to, jedną chyba z najmocniejszych stron Finka są teksty. Nie jest to taka poezja na siłę, nie jest to też banalne ujmowanie praw rządzących światem czy pociągu fizycznego do płci przeciwnej, nie jest to też mega-dołowe użalańsko, które powoduje 'płacz i zgrzytanie zębów'. One są... brakuje mi słów żeby je opisać. To trzeba po prostu poczuć i zrozumieć. W tym wypadku to, co muzyka oddaje swoją melodią i nastrojem, zostało idealnie zdefiniowane przez tekst, który nie przeszkadza ani nie potęguje wymowy instrumentalnej.
Z lubością wracam wciąż, niezależnie od nastroju. Polecam wszystkim, gorąco, w ten zajebiście zimny wieczór, który spędzam przy protistach. Cokolwiek to znaczy.
Na zachętę, tradycyjnie już:
Przyznam się bez bicia, że na wszystko z etykietką "ninja tune" reaguję entuzjastycznie. Ale w tym wypadku najpierw była muzyka, a poźniej dopiero szperanie tu i ówdzie w celu pozyskania informacji. Znajoma podrzuciła mi absolutne multum muzyki, o które ją prosiłam. Taką "jej" muzykę. Znalazłam tam wiele wartego uwagi, ale o tym może kiedy indziej ;) - przede wszystkim pierwszą rzeczą która mnie zafascynowała, wręcz zahipnotyzowała, był właśnie Fink. Pierwszy "mój" album: Biscuits for Breakfast. Kolejny: "Distance and Time", który obecnie uważam za lepszy. Ale to się zmienia, kiedyś miałam bzika na punkcie tego poprzedniego. Więc, mną sie prosze nie sugerować podczas wybierania kolejności testowania.
Stonowane, spokojne dźwięki, jednak nie pozbawione ekspresji. Bez przerysowania, kojące, przeszywające, jak gorzka czekolada z chilli, jeśli mam już tak mocno obrazować. Łączą w sobie przeciwstawne pierwiastki, które są idealnie sparowane. Przewijającym się, głównym instrumentem jest gitara, dodatkowo wspomagana przez bas i inne plumkające cuda. Nie będę pisać więcej o stronie technicznej, gdyż aż tak bardzo to się w tej materii niestety - a może na szczęście - nie orientuję. Za to, jedną chyba z najmocniejszych stron Finka są teksty. Nie jest to taka poezja na siłę, nie jest to też banalne ujmowanie praw rządzących światem czy pociągu fizycznego do płci przeciwnej, nie jest to też mega-dołowe użalańsko, które powoduje 'płacz i zgrzytanie zębów'. One są... brakuje mi słów żeby je opisać. To trzeba po prostu poczuć i zrozumieć. W tym wypadku to, co muzyka oddaje swoją melodią i nastrojem, zostało idealnie zdefiniowane przez tekst, który nie przeszkadza ani nie potęguje wymowy instrumentalnej.
Z lubością wracam wciąż, niezależnie od nastroju. Polecam wszystkim, gorąco, w ten zajebiście zimny wieczór, który spędzam przy protistach. Cokolwiek to znaczy.
Na zachętę, tradycyjnie już:
2 komentarze:
na jesienne, chłodne wieczory-bajka
PISAĆ LENIE YEBANE!!
Prześlij komentarz