piątek, 9 stycznia 2009

LADY on the TRON

Jest taki moment, że nie da się nie zauważyć brytyjskiego wkładu w rozwój muzyki w ogóle. Bo dość wspomnieć Iron Maiden, Joy Division, Beatlesów, Depeche Mode... To po drugiej stronie Kanału La Manche zaczynał swoją karierę Eric Clapton, pierwsze albumy nagrywali Pink Floydzi i Led Zeppelin. Nie sposób wymienić tutaj wszystkich zespołów i wykonawców z tego dziwnego, wyspiarskiego kraju, gdzie kierownicę montuje się nie tam, gdzie trzeba. Jednak Brytyjczycy nie mają się czego wstydzić również dzisiaj. Muzyka pochodząca z tego kraju to nie tylko legendy z czasów moich rodziców.

Dzisiaj słów parę o Ladytron. Zespół, który trudno porównywać do w/w gwiazd, zarówno jeżeli chodzi o popularność, świeżość czy odkrywczość jak też sceniczny staż. Zespół, który w pewien sposób - muzycznie - nawiązuje do Depeche Mode, również bywa określany mianem synthpopu, electropopu etc. Chociaż nie wszyscy muzycy wyglądają na rodowitych Brytyjczyków, tworzą muzykę wyjątkową, przy której postanowiłem zatrzymać się na dłużej. Muzykę, od której potrafi zawiać chłodem, wręcz mechanicznym zimnem. Pełną ciekawych melodii, rytmiki. Nie potrafię wrzucić tego grania do jakiegoś worka, uporządkować w swojej głowie. Na Ladytron jest zawsze nastrój. Idealna rytmika, analogowe syntezatory, prostota. Wiele singli, kilka płyt długogrających. Ten syntetyczny, elektroniczny chłód, ma w sobie coś urzekającego. Kościelny niemal pogłos, nadający wokalowi jeszcze bardziej wyprane z uczuć brzmienie. Zapadające w pamięci melodie. Z drugiej strony, utwory nieco cieplejsze, zupełnie niepodobne do reszty. Produkcja i brzmienie - idealne, na najwyższym poziomie.