sobota, 29 maja 2010

Parov Stelar Band Live on Ursynalia

Coco Tour. "Tur", który może szarżować śmiało przez cały świat. Album, który może podbić serca słuchaczy, który do tej pory nie znali radosnej twórczości tego... no właśnie? DJa? Zespołu? Zdecydowanie bardziej tanecznie, żywo, radośnie, hożo, fikuśnie, imprezowo. Album nieco inny niż wszystkie poprzednie.

Zespół zaczął grać z lekkim poślizgiem. Na scenę wytoczyła się platforma z komputerami i mikserami, perkusja, a zaraz za nimi wszyscy artyści. Po angielsku z publicznością przywitała się ciemnoskóra wokalistka i zaczął się audiowizualny spektakl. Fanów zdecydowanie więcej niż się spodziewałem. Stałem nieopodal sceny, w okolicach trzeciego rzędu gawiedzi, oczarowany dźwiękiem. Nagłośnienie na najwyższym poziomie, wszystko było słychać wyraźnie, ale nie skręcało kiszek od basu (cieszy mnie, że powoli zaczyna się inna kultura nagłaśniania dużych imprez).

Najpierw zacznę od rzeczy przyjemnych trochę mniej. Otóż ciężko było zgadnąć, kiedy zespół gra, a kiedy muzyka leci z "płyty" bez ingerowania w cokolwiek, przez kogokolwiek. Momentami sprawiało to dziwne wrażenie. Niezbyt ciekawie było, gdy któryś z muzyków nagle schodził ze sceny, a widowisko trwało dalej w najlepsze tak, jakby nikogo nie ubyło. Mogło się wydawać, że to tylko zgrabna farsa, ale z czasem okazało się, że to tylko cholernie dobre zgranie. Tyle z rzeczy nieprzyjemnych.

Muzycznie było głównie "Coco", czemu za specjalnie nie ma co się dziwić. Zabrakło mojego ulubionego chyba "Dandy" czy "Shine" z innego nieco albumu. Mimo tego czas płynął miło niezwykle, bo naprawdę ciężko mi powiedzieć ile koncert trwał i jak szybko się skończył. Był bis, był dobry kontakt z publicznością i świetna atmosfera. Pstryk i było po wszystkim, a ja miałem ochotę na więcej i nie mogłem się pogodzić z tym, że nagle wszyscy ze sceny zniknęli za kulisami. Było trochę całkiem niezłych improwizacji (chociaż zabrakło tutaj popisów perkusisty), bywało trochę zbyt szablonowo i zbyt "studyjnie", ale zdecydowanie można to wszystko wybaczyć. Z resztą, scena na świeżym powietrzu nie jest chyba dla tego zespołu idealnym miejscem do pokazania tego, co potrafią. Marzy mi się, żeby zobaczyć ich jeszcze raz w małym, przytulnym, zadymionym klubie przy szklaneczce czegoś mocniejszego, albo ciemnym piwie.

To tyle. Było miło i dziękuję wszystkim za miłą zabawę ;)

Tutaj amatorskie video, znalezione na YT. Jeżeli autor ma coś przeciwko, proszę o kontakt:

wtorek, 13 kwietnia 2010

Bóg jest astronautą

Chwilę nic nie pisałem, bo i poprzestawiało się u mnie trochę, ale czas nadrobić zaległości. Do dzieła więc.

All is Violent, all is Bright irlandzkiej formacji God Is an Astronaut wpadło mi w ręce przypadkiem. Na szczęście nie jest to ludowa muzyka Irlandzka, dlatego możecie przeczytać tego posta do końca. Nie, żeby było z nią coś nie tak, ale.... Przygoda zaczęła się chyba już standardowo. Ot, jeden z tych linków podsyłanych przez Rudego na gadu, albo wygrzebanych na facebooku lub forum wpadł mi w ucho i od niechcenia postanowiłem sprawdzić z czym to się je. Zważywszy, że nie jestem z nowościami i ogólnie z nową dla mnie muzyką ostatnio specjalnie do przodu, trzeba było spróbować - dla przerwania monotonii - czegoś świeżego. Od dawna nie słyszałem nic, co by mnie w jakikolwiek sposób oczarowało, powaliło na kolana. Do czasu.

Jaki jest ten album? Rzekłbym, że w pewien sposób magiczny. Instrumentalny. To na pewno. Ma w sobie mnóstwo pozytywnej energii, cholernie ciepłego brzmienia. Od spokojnych dźwięków muzyka często przechodzi w mocne uderzenie. Cholernie melodyjnie, blisko słuchacza, jakby to wszystko działo się gdzieś w mojej głowie. Bez wirtuozerii, piętnastominutowych solówek. Proste, nowoczesne brzmienie. Do tego równo jak przy użyciu pionu, bo nie mogę wyłonić "tego jedynego". No dobrze, pewien sentyment mam do kawałka tytułowego, ale zawsze tak jakoś jest, że ten drugi na płycie jest tym, do którego najczęściej wracam, więc faktu tego bym nie brał pod rozwagę. Muzyka, do której będę wracał przy przeróżnych okazjach. Dodawać nic więcej chyba nie trzeba, spróbujcie sami.

Na zachętę teledysk do utworu z innej płyty:

niedziela, 21 lutego 2010

BBB ardzo lubię

Po zimowej hibernacji trzeba się obudzić - panele słoneczne wyciągnięte, moje ciało nabiera energii, wytwarza witaminę D i radośnie czeka końca lutego, zawsze to jakiś kamień milowy. W związku ze zmianą nastrojów i ogólnego nastawienia, również muzyczne upodobania przechodzą pewną przemianę; i tak z mrocznej, smutnej, w pewnym sensie nawet przykrej otoczki, wykluwam się i wpadam w ocean dźwięków, z pozoru tworzących kakofonię wielkiego miasta; jednak faktycznie uporządkowanych i pięknych. Wszystko ma swoje miejsce, wszystko jest tam, gdzie znajdować się powinno. Taka, duża radość z małych rzeczy, dla normalnego człowieka niekoniecznie uzasadniona. 
Poza nagłym przypływem silnych uczuć do dźwięków miasta, odkopałam również 'staroć', który pierwotnie kojarzy mi się z okresem pre-maturalnym, wypadami nad suwalskie jeziora celem wkuwania płazińców na pomostach i grzaniu się niczym leniwe kotki na słońcu; jakoś nie bardzo nas wtedy interesowało to, że za miesiąc czeka nas straszna matura, i z całkowitą premedytacją tłumiłyśmy ten niepokój, beztrosko oddając się przyjemnościom, również wtedy długo wyczekiwanej wiosny. 
Naszym samochodowym wycieczkom towarzyszyła wtedy formacja Balkan Beat Box. Próbowałam nawet znaleźć coś podobnego, pogrzebać, wygooglować, ale niestety, nie znalazłam nic o podobnym brzmieniu - stwierdzam więc wszem i wobec, to coś unikatowego. Ich muzyka łączy w sobie elementy elektroniczne, rozbudowane i różnorodne ścieżki instrumentalne, a także fenomenalne wręcz wokale - ucha nie sposób oderwać. Członkowie kolektywu sami wypowiadają się o swojej muzyce w ten sposób, że jest ona produktem ich miłości do kultury bałkańskiej; fascynuje ich głównie (tak mi się wydaje) Rumunia, muzyka wiecznie wędrujących gypsies, ich kultura i obyczaje, ponadto moje ucho wyłapało parę nut klezmerskich - ale ja się nie znam :) Wszystko to bardzo zręcznie i zgrabnie wplatają we współczesność, sprawiając, że to, co robią, ma bardzo entuzjastyczny i pozytywny odbiór wśród słuchaczy. 
Z ostatniej chwili: w tym roku grają w Polsce, w Lublinie. Jestem w niebie. 




e n j o y 
A.