Fever Ray - im dłużej jej słucham, tym bardziej ją kocham. Ją, ich, w sumie ciężko tak naprawdę stwierdzić. Pierwszy album, "solowy" projekt członkini fenomenalnego The Knife, jest czymś absolutnie doskonałym. Od samego początku do samego końca, ostatnich nut, opowiada historię tak zajmującą, iż przestajemy oddychać i czujemy, że znajdujemy się gdzieś w kompletnie innym, magicznym świecie. Być może faktycznie, jest tam o wiele więcej mroku, niż w projektach duetu - jednak jest to mrok, który nie budzi w nas niepokoju. Wprowadza w trans, sprawia, że zamykamy oczy i czujemy się absolutnie lekko.
Przed chwilą dosłownie przesłuchałam świeżą epkę, i nie mogę przestać... addicted already. Zdecydowanie mogę powiedzieć, że zaraz obok Radiohead to właśnie Fever Ray dzierży palmę najulubieńszego zespołu (...wtf? niech żyje język polski), i strasznie, ale to STRASZNIE żałuję, że nie pojechałam na koncert do Katowic.
Żeby nie być wulgarną: cholera jasna. Ale i tak każdy wie, co miałam na myśli.
ślę pozdrowienia z całym impaktem wzruszeń, który właśnie mną wstrząsa
A.