sobota, 20 grudnia 2008

Another dick is coming!

Pewnego piątkowego wieczora oddawałem się wraz z przyjaciółkami czystej, hedonistycznej, pozbawionej głębi, metafizyki i nie wyznaczającej celów dla narodu polskiego rozrywce. Wybrałem się na koncert Dick4Dick. Zespół na scenie w białostockiej Famie dzielnie wspomagał Leon Dziemaszkiewicz, odprawiając dumnie swój performance.

Na zaprawę zupka chmielowa, później dupa w autobus, kasa biletowa, Fama. Minęła dłuższa chwila, zeszło się jeszcze trochę gawiedzi i zgasły światła. Nie zdążyłem się więc bliżej przyjrzeć komiksowi "Dick4Dick vs Zordax". Na białym ekranie z cudowną pomocą projektora pojawiły się dwa, naprawdę ciekawe filmy krótkometrażowe i kilka teledysków zespołu. Papierosowy dym, atmosfera zniecierpliwienia. W końcu nadeszła pora na główny punkt programu.

Jak to zwykle bywa, towarzystwo potrzebuje nieco czasu, aby się rozkręcić. Tak więc dopiero po kilku numerach, postanowiłem dopchać się pod samą scenę, aby zbadać bacznie całe widowisko. Leon nieustannie wychodził i wchodził, to w damskim stroju kąpielowym, to w świńskiej masce, by później wić się przed sceną, jak ryba na lądzie, albo puścić po widowni szpulkę dziwacznej wstążki. Czas płynął sam, chociaż w setliście chętnie widziałbym trochę więcej numerów z "Silver Ballads". Nasze diki powychodziły w majtach, z gołymi łydami, w okularach przeciwsłonecznych, pomalowani to tu, to tam. Niezwykle energetyczny występ, pełen urozmaiceń, znakomitego kontaktu z publicznością. Wszystko zagrane na najwyższym poziomie, później bis, który rozpoczął się od "Wet And Dirty". Nie usłyszeliśmy też "Technology" na żywo - niestety, robiło za tło przed bisem, dla Leona. Nagłośnienie nie było najgorsze, chociaż wokal nie zawsze dawał radę wyraźnie się przebić nad resztę instrumentarium. Publiczność zrobiła się żwawsza dopiero przy końcowych, nieco mocniejszych numerach. W tle ciągle wizualizacje. Koniec. Sam nie wiem kiedy. Część towarzystwa wymyła się od razu do domu, część została. Muzycy nie wsiąkli jak kamień w wodę na jakimś afterparty, lecz grzecznie zbierali swoje zabawki. Można było podejść, zamienić kilka słów, wziąć autograf czy co się tam nam tylko żywnie podoba.

Niezłe brzmienie, świetne zaplecze wizualne i artystyczne, widowiskowy show, mnóstwo energii na scenie.Bezrefleksyjna, współczesna... sztuka? W każdym bądź razie bawiłem się wyśmienicie. Pozdro dla Edyty i Żanety, które dotrzymywały mi dumnie kroku i uczestniczyły w moim prywatnym performance, już długo po zakończeniu imprezy ;P




środa, 19 listopada 2008

What do you Fink?

Muzyka to do siebie ma, że nam przywodzi na myśl konkretne skojarzenia, które możemy sobie związać z obrazami, zapachami, czymkolwiek tylko zechcemy. Jeśli chodzi o tego wykonawcę, jednym z pierwszych skrótów myślowych jakie nawiedziły moją pustą główkę, była deszczowa, szarobura, londyńska aura. Jak się okazało, moje przeczucie było trafne, ponieważ formacja jest brytyjska. I robi naprawdę brytyjską muzykę.

Przyznam się bez bicia, że na wszystko z etykietką "ninja tune" reaguję entuzjastycznie. Ale w tym wypadku najpierw była muzyka, a poźniej dopiero szperanie tu i ówdzie w celu pozyskania informacji. Znajoma podrzuciła mi absolutne multum muzyki, o które ją prosiłam. Taką "jej" muzykę. Znalazłam tam wiele wartego uwagi, ale o tym może kiedy indziej ;) - przede wszystkim pierwszą rzeczą która mnie zafascynowała, wręcz zahipnotyzowała, był właśnie Fink. Pierwszy "mój" album: Biscuits for Breakfast. Kolejny: "Distance and Time", który obecnie uważam za lepszy. Ale to się zmienia, kiedyś miałam bzika na punkcie tego poprzedniego. Więc, mną sie prosze nie sugerować podczas wybierania kolejności testowania.

Stonowane, spokojne dźwięki, jednak nie pozbawione ekspresji. Bez przerysowania, kojące, przeszywające, jak gorzka czekolada z chilli, jeśli mam już tak mocno obrazować. Łączą w sobie przeciwstawne pierwiastki, które są idealnie sparowane. Przewijającym się, głównym instrumentem jest gitara, dodatkowo wspomagana przez bas i inne plumkające cuda. Nie będę pisać więcej o stronie technicznej, gdyż aż tak bardzo to się w tej materii niestety - a może na szczęście - nie orientuję. Za to, jedną chyba z najmocniejszych stron Finka są teksty. Nie jest to taka poezja na siłę, nie jest to też banalne ujmowanie praw rządzących światem czy pociągu fizycznego do płci przeciwnej, nie jest to też mega-dołowe użalańsko, które powoduje 'płacz i zgrzytanie zębów'. One są... brakuje mi słów żeby je opisać. To trzeba po prostu poczuć i zrozumieć. W tym wypadku to, co muzyka oddaje swoją melodią i nastrojem, zostało idealnie zdefiniowane przez tekst, który nie przeszkadza ani nie potęguje wymowy instrumentalnej.

Z lubością wracam wciąż, niezależnie od nastroju. Polecam wszystkim, gorąco, w ten zajebiście zimny wieczór, który spędzam przy protistach. Cokolwiek to znaczy.

Na zachętę, tradycyjnie już:

środa, 12 listopada 2008

Czarny afrodyzjak

Tak naprawdę, to nie będzie do końca o kawie. Po prostu wczorajszego wieczora, w niesamowicie dobry nastrój wprawiła mnie pewna piosenka. Wraz z animowanym teledyskiem stanowi wyjątkowe połączenie humoru i dobrej muzyki. Utwór autorstwa Oldelaf & Mounsieur D. Polecam.



poniedziałek, 10 listopada 2008

Tak to się robi nad Wisłą

Miałem nie pisać o metalu, bo grafomanów wypluwających teksty o tej muzyce jest już chyba dość, a sam w tym gatunku nie jestem już tak zakorzeniony, jak kiedyś. Jakby tego było mało, w metalowym światku istnieje maniera zaczynania recenzji wstępem, w którym autor na ogół przechwala się czego to nie słyszał, z czego nie czerpią artyści etc., a to wszystko jest dalekie od tego, jak poznaję muzykę i jakie stawiam sobie przy tym priorytety.

Jakoś umknął mi więc majowy debiut projektu Black River. Zebrało się kilku chłopców z Vader, Behemoth, Rootwater i Neolithic i weszli razem do studia.

Przechodząc do meritum, chociaż to naprawdę dobry krążek, to albo ja już stetryczałem, albo niektórym recenzentom już coś zaszkodziło. Wolałbym tą drugą opcję, bo do świetnego masteringu, klasycznego i analogowego brzmienia to temu albumowi dużo brakuje i jeżeli komuś się wydaje, że tak właśnie jest, to chyba za dużo się naczytał materiałów promocyjnych. Na "Black River" słychać dokładnie takie same, wypicowane brzmienie jak u wielu innych kapel. Wszystko jest wypieszczone, wygładzone i próżno tutaj szukać jakiegoś brudu (chyba, że przesterowania spowodowane kompresją dynamiki można tak nazwać ;) ). No, ale to już niemal maniera przy wydawaniu płyt, a jeżeli ktoś nie wierzy, niech sobie wklepie gdzie trzeba "loudness war", albo poczyta o tym, co zrobiła Metallica ze swoim ostatnim albumem, bo ja nie będę tym przynudzał, bo to nie czas i miejsce. Ten album jest zrealizowany na współczesną modłę i żadne zaklinanie rzeczywistości tego nie zmieni.

Przejdźmy więc może do strony czysto muzycznej, bo od technicznych spraw to są blogi IT. Czuć, że muzycy bawili się wybornie przy nagrywaniu płyty. Czuć radość, spontaniczność, świeżość i mnóstwo energii. Szybkie, melodyjne, kopiące po dupie refreny i znakomite riffy. Dziewięć kompozycji i akustyczny bonus, dają niespełna 40 minut świetnej zabawy. Szkoda, że tak krótko, ale z drugiej strony nie ma tutaj miejsca na kiepskie numery, rozwleczone refreny i inne rzeczy, które mogłyby popsuć ogólne wrażenie. Słowem - bez kompromisów. Dawno nie było mi dane słyszeć tak dobrej, metalowej płyty z kraju nad Wisłą.

Nigdy nie przepadałem też za wokalem Macieja Taffa, a "Black River" tylko mnie w tym utwierdził, szczególnie, że liryki w całości są po angielsku, a temu panu w moim przekonaniu lepiej wychodzi śpiewanie w ojczystym języku. Ogólnie jestem wybredny dość w tej kwestii, bo naprawdę rzadko czyjakolwiek barwa głosu tak do końca mi odpowiada. Mimo, że daleka od moich prywatnych preferencji, ta strona albumu również nie odstaje od reszty. Musiałbym czepiać się na siłę.

Podsumowując, jest mi niezmiernie miło, że nasza scena nie stoi w miejscu, że coś się dzieje, że pojawił się taki projekt. Wolałbym jednak, aby takie nagrania tworzyli ludzie, którzy na metalowej scenie nie zrobili sobie jeszcze miejsca, nie grali w kapelach z najwyższej półki. Chciałbym po prostu trochę świeżej krwi.


piątek, 7 listopada 2008

Czilałtowo...

Jest chyba tylko jedna taka składanka, do której wracam tak często - Buddha Bar I. Claude Challe wykonał kawał naprawdę dobrej roboty. W dobieraniu i mixowaniu pasujących do siebie utworów - różnych w końcu wykonawców - osiągnął poziom, którego w moim prywatnym mniemaniu nie udało się jeszcze nikomu przeskoczyć. Buddha Bar jest po prostu spójne, kompletne. Chociaż zostało wydane już 10 części, a mi było dane słyszeć większość z nich, to "jedynka" jest szczególnie bliska moim uszom.

Krążek pierwszy jest zatytułowany "Dinner", drugi "Party". Nie jest to składanka jak wiele innych. Trzeba ją przesłuchać od początku do końca, bo po prostu na to zasłużyła. Tworzy niesamowitą atmosferę, która nie jest bez związku z jej nazwą. Bo jeżeli po osiągnięciu Nirwany, znajdziemy się w jakimś miejscu, to w szafie grającej tego przybytku ten album będzie na pierwszej pozycji.

Nie będę się dziś rozpisywał. Od, taka krótka notka. Po prostu. Spróbujcie sami.

czwartek, 30 października 2008

Pętla

Pierdolony, melancholijny nastrój, znów wraca. Gdy nie ma się ochoty na nic. Ja, ławka nad zalewem, wiatr, zachód słońca, Towary Zastępcze i inne akcesoria sprzyjające rozmyślaniu. Później do mych uszu dociera Dahlia's Tear, Neurosis, a organizm dopada błogi, regenerujący, popołudniowy sen. Myśli kotłujące się w głowie.

Chciałbym napisać dziś nie tylko o muzyce. Nie tylko o jednym wykonawcy. Jednak wszystko musi mieć swoje miejsce. Trzeba trzymać się utartego schematu. Więc dzisiaj tylko, a może aż o Dahlia's Tear. Tworzy niesamowity nastrój. Dynamiczna, prężna, ale jednocześnie cicha i spokojna. Budzi niepokój. Jakby ktoś w ciemną noc zaczął ci szeptać do ucha. Niszowa? Czy w dobie internetu cokolwiek potrafi być jeszcze niszowe? Nie wiem.

Under Seven Skies. Bez zbędnych ozdobników. Dark ambient? Muzyka tła? Port, do którego zawijają statki z różnych gatunków muzycznych, które łączy jakiś jeden, niezbadany czynnik. Bo do tego portu zawija Arcana, która czerpie pełnymi garściami z Dead Can Dance, ale też np. Burzum, który jest bliski raczej fanom muzyki blackmetalowej.

Ta cholerna jednostajność, niepokój. Ma się wrażenie, że za chwilę się coś wydarzy. Ale nic się nie dzieje. Muzyka płynie. Nie wiem, czy to dalej ambient. Czy to dalej muzyka, która nie wymaga dla siebie uwagi. Ten album wykracza chyba poza te ramy. Z resztą, jestem jeszcze młokosem i może za wcześnie, żebym bawił się w szufladkowanie. Płyniemy po omacku, bo nie wiemy gdzie nas ta muzyka doprowadzi. Słuchając rocka, wiesz, że za chwilę powtórzy się refren. Że usłyszysz po raz kolejny ten sam riff. Tutaj jest inaczej. Rytmika i melodyjność nabierają nowego znaczenia. Wszystko się dzieje, jakby przypadkiem. Ale niewątpliwie, przypadkowe nie jest. Przejmujące, czasem ledwie słyszalne wokale. Jakby gdzieś w tle. To jest to.

To jest dzisiaj moje lekarstwo.


Bonobo

Wybieranie "na oślep" muzyki, którą chce sie poznać, często ma dość nieoczekiwane i fantastyczne skutki. Niby myślimy sobie, że "nie, bo to chała, wygląda okrutnie, nazwa jest mało ambitna, co to za gatunek do jasnej cholery?!"; ale jednak diabeł siedzący w nas kusi, i trochę poza świadomością jednak ściągamy ten album. Powyżej opisany proces doprowadził mnie niegdyś do Bonobo. Ot, taki sobie wykonawca, z którym styczność po raz pierwszy miałam na blogu kolegi, gdzie zwykł on zamieszczać linki do swoich mega-alternatywnych (pff) muzycznych inspiracji i bogów. No co, w końcu raz się żyje. Niby downtempo, niby cośtam, że chillout, no to dawaj. Dodatkowo skusiła mnie etykietka Ninja Tune, prestiżowej wytwórni (chyba londyńskiej ale nic sobie nie daję uciąć); znałam już paru wykonawców z nią związanych, tj. Jaga Jazzist, Fink czy Skalpel, więc pomyślałam sobie, że to może być coś naprawdę wartego mojej uwagi. W sumie, to się nie myliłam.
Pierwszy album z jakim sie zetknęłam do "Days To Come". Po jakimś czasie, i ściślejszą więzią między innymi jego albumami, moim skromnym zdaniem najlepszym krążkiem okazał się być "Dial 'M' For Monkey". Jak dla mnie, jest to muzyka do słuchania, uczenia się, czytania albo spania. Wiem, że to może być mało wymiernym wyznacznikiem, bo ogólnie mogę wszystko robić słuchając muzyki; albo odwrotnie: niewiele mogę robić jej nie słuchając. Dość spokojna, mało ekspresyjna - nie odwraca uwagi od właśnie wykonywanej czynności ;) i taka bardzo sympatyczna, mówiąc po prostu. Co mnie osobiście pociąga w Bonobo to to, że można w niektórych kawałkach odnaleźć korzenie jazzowe. Bo ja jestem taki, można rzec, jazzowy zwierz.
Brakuje mi zakończenia w tej notce, nie mogę się skupić na pisaniu, bo moją głowę zaprząta teraz jedna myśl - francuski. Wybaczcie więc, nieskładność etc etc etc, obiecuję że w następnym wydaniu się poprawię.




niedziela, 26 października 2008

Czas pohałasować!

Dziś krótko. Na dniach naszło mnie, żeby w końcu bliżej przyjrzeć się twórczości Venetian Snares. Poukładany hałas? Tak to się mówiło o Aphex Twin? Muzyka w wielu miejscach podobna, a z drugiej strony na wskroś inna. Pozorny chaos, przeplata się z melancholijnymi dźwiękami imitującymi skrzypce czy inne orkiestrowe instrumenty. Muzyka dwutorowa, ciężka i potrafiąca wywiercić dziurę w czaszce aż do samego mózgu. Miejscami tak niepoukładana, że ma się ochotę uciec, by za chwilę zadziwić nas doskonałą harmonią, piękną melodią i błogim spokojem. Wtedy nagle znów uderza. Ze zdwojoną siłą.

Każdy ma chyba takie płyty, takie utwory, które pozwalają mu się "wyżyć". Ja do tego worka zdecydowanie mogę wrzucić Venetian Snares. Breakcore? IDM? Nie lubiłem nigdy szufladkować, ale być może to właśnie komuś coś powie. Na skrajnie nastroje.

Czasem muszę zrobić sobie przerwę, nie potrafię strawić niektórych utworów, mój mózg nimi rzyga, mówi głośne "nie". To nie są dźwięki do poduszki. Chociaż bywają cholernie melancholijne. Być może właśnie paradoks, który gdzieś głęboko tkwi w tej muzyce tak mnie urzekł? Nie jestem pewien. Posłuchajcie sami.


niedziela, 19 października 2008

It's always better on the outside...

W sumie, to chcąc nie chcąc - zostałam zmuszona do napisania czegokolwiek. Na razie Mariusz sam jeden, biedny, męczy się z publikowaniem swoich wypocin, więc trzeba wesprzeć - w tym wypadku - kolegę "po fachu", i swoje wypociny opublikować również.

Tak więc, myśląc "o czym by tu..." wpadłam na pomysł, by napisać na temat swojej największej, acz dawno nie odświeżanej, muzycznej miłości, mianowicie zespołu o wdzięcznej, i jakże wymownej nazwie Radiohead. Swoją przygodę z nim zaczęłam... ładnych parę lat temu... trzy? Załóżmy, że trzy. Kid A. To pamiętam jak dziś. Pierwszy utwór? Idioteque. W sumie, najpierw był Idioteque, później poszło za ciosem - Kid A, a jeszcze poźniej dyskografia, znana do tej pory praktycznie na pamięć. Co mnie urzekło, to wokalista. Od pierwszego przesłuchania, miłość bez dwóch zdań. Dozgonna. Głos, który jest w stanie wyrazić wszystko; takiej ekspresji chyba nie było dane poznać moim uszom już nigdy. "I'll laugh untill my head comes off", na granicy załamania, przejmujący dreszcz, który opanowuje całe ciało, od czubka głowy aż po koniuszki palców. Zaciskające się gardło, mimowolnie zamykające oczy... Kid A chłonęłam już całą sobą. Ile to razy, leżąc w pokoju i drzemiąc, w półśnie słuchałam tego albumu, ile razy uśmiechałam się sama do siebie słysząc te utwory, naprawdę nie wiem.
Co jeszcze urzekło mnie w Radiogłowych? Niekonwencjonalne podejście do muzyki, odkrywanie nowych horyzontów, ciągłe eksperymentowanie - co warto podkreślić - zawsze ze skutkiem wręcz fenomenalnym. Niewiele jest zespołów które nagrywają płyty o takim zakresie gatunkowym, tak różnorodne, jak Radiohead. Zespołów niewiele, jeszcze mniej udanych projektów. Przeważnie jest tak, że jeśli zespół wyłamie się z jakiejś wcześniej nakreślonej konwencji, traci on fanów, którzy spodziewali się czegoś zupełnie nowego i starego. Może tym się różnią fani R. od innych fanów - nigdy nie powielają swoich oczekiwań co do kolejnych albumów...

To nie jest zespół obojętny, nie można nie mieć zdania na temat ich muzyki. Ich się albo kocha, albo nienawidzi.

Jako mały bonus, jednocześnie update, zamieszczam jedną z najbardziej lirycznych, przejmujących i smutnych piosenek, jakie świat miał okajzę słyszeć. Jedynie dla stabilnych emocjonalnie. Enjoy.


Jesień

Ktoś przewidział tę jesień, bo staniała wódka
i łatwiej się przyglądać, jak powoli żółkną
listy, których nie wyślę, bo nie mam do kogo,
zdjęcia, których nie spalę, bo nie mam powodu.

Ktoś przewidział tę jesień, bo staniała wódka
i znów zmieniam się nocą w połykacza noży,
w zimnych mieszkaniach dziewcząt nieładnych i smutnych,
od których nie uciekam, bo nie ma już dokąd.
/Żółknięcie - Czerski, Towary Zastępcze


Też macie czasem taki nastrój? Cholernie sentymentalny, depresyjny? Dlatego jest taka muzyka. Męska muzyka. Muzyka do wódki. O niej chcę właśnie napisać. I nie będzie to tekst o albumie Waglewskich. O nim może innym razem. Bo ten album jest "oklepany jak tyłki łatwych dziewcząt".

W życiu ciągle się do czegoś dąży, pędzi i szuka. Gdy zdobywamy te malutkie szczyty, czerpiemy z tego dziką, nieopisaną radość. Ja szukałem pewnej muzyki. Znalazłem. Trochę przypadkiem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to jest właśnie to. Teraz już wiem.

Poezja. Ten termin nigdy nie kojarzył mi się dobrze. Coś na siłę ambitnego, wymagającego obłożenia się książkami, żeby w ogóle coś z tego wydumanego bełkotu zrozumieć. Skrzywiła mnie szkoła, ale wyprostowałem się już sam. Nie. Nie pomógł mi w tym tomik poezji jakiegoś domorosłego grafomana. Po prostu muzyka.

Towary Zastępcze to zespół pochodzący z Trójmiasta. Grupa artystów, których młodość przypadła na lata 90te. Stworzyli album niepowtarzalny i wyjątkowy. Depresyjny. Ciche Dni, do których ciągle wracam. Teksty, które mnie urzekły są proste i piękne. Okraszone wyjątkowymi dźwiękami. Album kompletny, dobrze zaaranżowany i nagrany. Ze smaczkami - tu i ówdzie kobiecy głos. Modulacja. Syntezator mowy. Zimny, bezosobowy, bezduszny. Powtarza tą samą kwestię, co wokalista. Dirty Danzing.

Jestem bezkrytyczny. Bo ciężko byłoby mi znaleźć coś, do czego mógłbym się przyczepić. Biorąc pod uwagę moje upierdliwe usposobienie, to naprawdę zdarza się nieczęsto. Może dlatego, że przyszła jesień. Ciągle odkrywam w tych nagraniach coś nowego. Za każdym razem rozumiem teksty na nowo, na swój sposób. Nie potrzebuję do tego jakiegoś profesora z magistrem, ani żadnych mądrych książek. Może właśnie to mnie najbardziej urzekło? Może to, że widzę tyle analogii do swojego życia?


www.towary.art.pl
- do pobrania za darmo i legalnie.



niedziela, 28 września 2008

Kasia i Wojtek

Kasię i Wojtka przedstawiła mi koleżanka. Rad byłem niezwykle z nowej znajomości i począłem ją intensywnie rozwijać.

Nigdy jakoś nie szalałem za szeroko pojętą polską muzyką rockową. Gdzieś tam się wala Ostateczny Krach Systemu Korporacji, który dostałem dawno temu od taty. Byłem nawet, stosunkowo niedawno, na koncercie Kultu, ale nie szaleję za graniem znad Wisły. Tu jakieś TSA, Perfect i kilka innych rupieci, tam Totentanz, Hunter, od biedy Coma czy jeszcze coś innego. Jak mawiam "nie moja bajka". Stąd też, zespół tworzony w dużej mierze przez (byłego?) gitarzystę Kultu nie powinien mnie jakoś szczególnie interesować. Stało się inaczej, głos i teksty Kasi Sobczyk mnie oczarowały. To miła odskocznia od tego co wypocić potrafi Coma, Hunter i inne takie tam zespoły, które chociaż jakiś poziom mają i cenię je sobie bardzo, to lirykami trafiają góra do gorących 14sto latek. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że rozrzut kapel, jakie tu wymieniłem jest dość duży i trudno je stawiać obok siebie, ale nie o tym rzecz.

Ciemny, niski i bardzo charyzmatyczny głos Kasi przyciąga. Od pierwszej chwili. Jej wokal potrafi być skrzeczący i zadziorny, ale gdy trzeba, spokojny i ciepły.W kilku utworach udziela się też Kazik Stazewski. Płytę niestety wydało towarzystwo dotąd tylko jedną, tożsamą z nazwą zespołu, w dodatku nie cieszącą się jakąś specjalną popularnością. Naprawdę szkoda. Całość wpada dobrze w ucho, jest bogata i różnorodna. Instrumentalnie z pazurem, ciekawie, chociaż może niespecjalnie oryginalnie.

Klimat płyty najprościej określić jako "luźny i radosny". Już otwieracz wprawia słuchacza w wyjątkowy nastrój, a na płycie słychać, że muzycy przy nagrywaniu bawili się wręcz wybornie.

Jak zwykle, coś na zachętę:


piątek, 26 września 2008

Projekcja Astralna

Droga, która doprowadziła mnie do Astral Projection była trochę przypadkowa. Można powiedzieć, że skręciłem nie w tę uliczkę co trzeba, ale to, co znalazłem na jej końcu, było czymś zupełnie nowym i zaskakującym.

Ktoś, gdzieś, kiedyś polecił mi a Astral Projection. Było to już jakiś czas temu, toteż pierwsze skojarzenie jakie mi się nasunęło to „zwyczajne upcyś-dupcyś”. Nagrania poszły w odstawkę i długo do nich nie wracałem. Któregoś dnia, postanowiłem dać jednak tej muzyce jeszcze jedną szansę. Włączyłem ostatni, wyjątkowo utwór Still Dreaming (Anything Can Happen) z Trust In Trance. Raz, drugi, trzeci, piąty... Potem cała płyta. Zatrybiło. Zaczęła się moja przygoda z Psychodelic Trance.

Zacząłem chłonąć kolejne albumy, kompilacje, zespoły. Jedyne w swoim rodzaju Juno Reactor, Infected Mushroom, Bliss, Hallucinogen, Vibrasphere... Jednak tylko w Astral Projection odnajduję „to coś”. Po prostu. Przy czym moje zgłębianie gatunku skończyło się równie szybko, jak się zaczęło i okazyjnie poznaję coś nowego, to Astral Projection zajmuje po dziś dzień wyjątkowe miejsce. Może dlatego, że było „pierwsze”, tak jak kiedyś Delerium, gdy poznawałem chillout/ambient. Nie wiem. Zawsze do niego wracam. Niezależnie od nastroju, zawsze odnajduję coś, co mi akurat będzie w tej muzyce odpowiadać. Niepowtarzalny klimat, energiczny, wprowadzający w trans bit, przestrzeń.

Nie będę się silił na recenzowanie czy porównywanie. To schematyczne, uogólniające. Astral Projection, chociaż może odrzucać szczególnie osoby nieobyte z cięższymi gatunkami muzyki elektronicznej, zasługuje na poznanie.

Na zachętę:

środa, 24 września 2008

Muzyczny blog...

Muzycznych pasjonatów, prowadzony w luźnej, nieskrępowanej formie. Z dala od wydumanych, patetycznych recenzji, ale nie z dala od emocji. Bez silenia się na obiektywizm. Trochę nowości, trochę staroci. Po prostu o tym, o czym mamy ochotę napisać.