piątek, 7 listopada 2008

Czilałtowo...

Jest chyba tylko jedna taka składanka, do której wracam tak często - Buddha Bar I. Claude Challe wykonał kawał naprawdę dobrej roboty. W dobieraniu i mixowaniu pasujących do siebie utworów - różnych w końcu wykonawców - osiągnął poziom, którego w moim prywatnym mniemaniu nie udało się jeszcze nikomu przeskoczyć. Buddha Bar jest po prostu spójne, kompletne. Chociaż zostało wydane już 10 części, a mi było dane słyszeć większość z nich, to "jedynka" jest szczególnie bliska moim uszom.

Krążek pierwszy jest zatytułowany "Dinner", drugi "Party". Nie jest to składanka jak wiele innych. Trzeba ją przesłuchać od początku do końca, bo po prostu na to zasłużyła. Tworzy niesamowitą atmosferę, która nie jest bez związku z jej nazwą. Bo jeżeli po osiągnięciu Nirwany, znajdziemy się w jakimś miejscu, to w szafie grającej tego przybytku ten album będzie na pierwszej pozycji.

Nie będę się dziś rozpisywał. Od, taka krótka notka. Po prostu. Spróbujcie sami.

Brak komentarzy: