poniedziałek, 10 listopada 2008

Tak to się robi nad Wisłą

Miałem nie pisać o metalu, bo grafomanów wypluwających teksty o tej muzyce jest już chyba dość, a sam w tym gatunku nie jestem już tak zakorzeniony, jak kiedyś. Jakby tego było mało, w metalowym światku istnieje maniera zaczynania recenzji wstępem, w którym autor na ogół przechwala się czego to nie słyszał, z czego nie czerpią artyści etc., a to wszystko jest dalekie od tego, jak poznaję muzykę i jakie stawiam sobie przy tym priorytety.

Jakoś umknął mi więc majowy debiut projektu Black River. Zebrało się kilku chłopców z Vader, Behemoth, Rootwater i Neolithic i weszli razem do studia.

Przechodząc do meritum, chociaż to naprawdę dobry krążek, to albo ja już stetryczałem, albo niektórym recenzentom już coś zaszkodziło. Wolałbym tą drugą opcję, bo do świetnego masteringu, klasycznego i analogowego brzmienia to temu albumowi dużo brakuje i jeżeli komuś się wydaje, że tak właśnie jest, to chyba za dużo się naczytał materiałów promocyjnych. Na "Black River" słychać dokładnie takie same, wypicowane brzmienie jak u wielu innych kapel. Wszystko jest wypieszczone, wygładzone i próżno tutaj szukać jakiegoś brudu (chyba, że przesterowania spowodowane kompresją dynamiki można tak nazwać ;) ). No, ale to już niemal maniera przy wydawaniu płyt, a jeżeli ktoś nie wierzy, niech sobie wklepie gdzie trzeba "loudness war", albo poczyta o tym, co zrobiła Metallica ze swoim ostatnim albumem, bo ja nie będę tym przynudzał, bo to nie czas i miejsce. Ten album jest zrealizowany na współczesną modłę i żadne zaklinanie rzeczywistości tego nie zmieni.

Przejdźmy więc może do strony czysto muzycznej, bo od technicznych spraw to są blogi IT. Czuć, że muzycy bawili się wybornie przy nagrywaniu płyty. Czuć radość, spontaniczność, świeżość i mnóstwo energii. Szybkie, melodyjne, kopiące po dupie refreny i znakomite riffy. Dziewięć kompozycji i akustyczny bonus, dają niespełna 40 minut świetnej zabawy. Szkoda, że tak krótko, ale z drugiej strony nie ma tutaj miejsca na kiepskie numery, rozwleczone refreny i inne rzeczy, które mogłyby popsuć ogólne wrażenie. Słowem - bez kompromisów. Dawno nie było mi dane słyszeć tak dobrej, metalowej płyty z kraju nad Wisłą.

Nigdy nie przepadałem też za wokalem Macieja Taffa, a "Black River" tylko mnie w tym utwierdził, szczególnie, że liryki w całości są po angielsku, a temu panu w moim przekonaniu lepiej wychodzi śpiewanie w ojczystym języku. Ogólnie jestem wybredny dość w tej kwestii, bo naprawdę rzadko czyjakolwiek barwa głosu tak do końca mi odpowiada. Mimo, że daleka od moich prywatnych preferencji, ta strona albumu również nie odstaje od reszty. Musiałbym czepiać się na siłę.

Podsumowując, jest mi niezmiernie miło, że nasza scena nie stoi w miejscu, że coś się dzieje, że pojawił się taki projekt. Wolałbym jednak, aby takie nagrania tworzyli ludzie, którzy na metalowej scenie nie zrobili sobie jeszcze miejsca, nie grali w kapelach z najwyższej półki. Chciałbym po prostu trochę świeżej krwi.


Brak komentarzy: