Coco Tour. "Tur", który może szarżować śmiało przez cały świat. Album, który może podbić serca słuchaczy, który do tej pory nie znali radosnej twórczości tego... no właśnie? DJa? Zespołu? Zdecydowanie bardziej tanecznie, żywo, radośnie, hożo, fikuśnie, imprezowo. Album nieco inny niż wszystkie poprzednie.
Zespół zaczął grać z lekkim poślizgiem. Na scenę wytoczyła się platforma z komputerami i mikserami, perkusja, a zaraz za nimi wszyscy artyści. Po angielsku z publicznością przywitała się ciemnoskóra wokalistka i zaczął się audiowizualny spektakl. Fanów zdecydowanie więcej niż się spodziewałem. Stałem nieopodal sceny, w okolicach trzeciego rzędu gawiedzi, oczarowany dźwiękiem. Nagłośnienie na najwyższym poziomie, wszystko było słychać wyraźnie, ale nie skręcało kiszek od basu (cieszy mnie, że powoli zaczyna się inna kultura nagłaśniania dużych imprez).
Najpierw zacznę od rzeczy przyjemnych trochę mniej. Otóż ciężko było zgadnąć, kiedy zespół gra, a kiedy muzyka leci z "płyty" bez ingerowania w cokolwiek, przez kogokolwiek. Momentami sprawiało to dziwne wrażenie. Niezbyt ciekawie było, gdy któryś z muzyków nagle schodził ze sceny, a widowisko trwało dalej w najlepsze tak, jakby nikogo nie ubyło. Mogło się wydawać, że to tylko zgrabna farsa, ale z czasem okazało się, że to tylko cholernie dobre zgranie. Tyle z rzeczy nieprzyjemnych.
Muzycznie było głównie "Coco", czemu za specjalnie nie ma co się dziwić. Zabrakło mojego ulubionego chyba "Dandy" czy "Shine" z innego nieco albumu. Mimo tego czas płynął miło niezwykle, bo naprawdę ciężko mi powiedzieć ile koncert trwał i jak szybko się skończył. Był bis, był dobry kontakt z publicznością i świetna atmosfera. Pstryk i było po wszystkim, a ja miałem ochotę na więcej i nie mogłem się pogodzić z tym, że nagle wszyscy ze sceny zniknęli za kulisami. Było trochę całkiem niezłych improwizacji (chociaż zabrakło tutaj popisów perkusisty), bywało trochę zbyt szablonowo i zbyt "studyjnie", ale zdecydowanie można to wszystko wybaczyć. Z resztą, scena na świeżym powietrzu nie jest chyba dla tego zespołu idealnym miejscem do pokazania tego, co potrafią. Marzy mi się, żeby zobaczyć ich jeszcze raz w małym, przytulnym, zadymionym klubie przy szklaneczce czegoś mocniejszego, albo ciemnym piwie.
To tyle. Było miło i dziękuję wszystkim za miłą zabawę ;)
Tutaj amatorskie video, znalezione na YT. Jeżeli autor ma coś przeciwko, proszę o kontakt:
Zespół zaczął grać z lekkim poślizgiem. Na scenę wytoczyła się platforma z komputerami i mikserami, perkusja, a zaraz za nimi wszyscy artyści. Po angielsku z publicznością przywitała się ciemnoskóra wokalistka i zaczął się audiowizualny spektakl. Fanów zdecydowanie więcej niż się spodziewałem. Stałem nieopodal sceny, w okolicach trzeciego rzędu gawiedzi, oczarowany dźwiękiem. Nagłośnienie na najwyższym poziomie, wszystko było słychać wyraźnie, ale nie skręcało kiszek od basu (cieszy mnie, że powoli zaczyna się inna kultura nagłaśniania dużych imprez).
Najpierw zacznę od rzeczy przyjemnych trochę mniej. Otóż ciężko było zgadnąć, kiedy zespół gra, a kiedy muzyka leci z "płyty" bez ingerowania w cokolwiek, przez kogokolwiek. Momentami sprawiało to dziwne wrażenie. Niezbyt ciekawie było, gdy któryś z muzyków nagle schodził ze sceny, a widowisko trwało dalej w najlepsze tak, jakby nikogo nie ubyło. Mogło się wydawać, że to tylko zgrabna farsa, ale z czasem okazało się, że to tylko cholernie dobre zgranie. Tyle z rzeczy nieprzyjemnych.
Muzycznie było głównie "Coco", czemu za specjalnie nie ma co się dziwić. Zabrakło mojego ulubionego chyba "Dandy" czy "Shine" z innego nieco albumu. Mimo tego czas płynął miło niezwykle, bo naprawdę ciężko mi powiedzieć ile koncert trwał i jak szybko się skończył. Był bis, był dobry kontakt z publicznością i świetna atmosfera. Pstryk i było po wszystkim, a ja miałem ochotę na więcej i nie mogłem się pogodzić z tym, że nagle wszyscy ze sceny zniknęli za kulisami. Było trochę całkiem niezłych improwizacji (chociaż zabrakło tutaj popisów perkusisty), bywało trochę zbyt szablonowo i zbyt "studyjnie", ale zdecydowanie można to wszystko wybaczyć. Z resztą, scena na świeżym powietrzu nie jest chyba dla tego zespołu idealnym miejscem do pokazania tego, co potrafią. Marzy mi się, żeby zobaczyć ich jeszcze raz w małym, przytulnym, zadymionym klubie przy szklaneczce czegoś mocniejszego, albo ciemnym piwie.
To tyle. Było miło i dziękuję wszystkim za miłą zabawę ;)
Tutaj amatorskie video, znalezione na YT. Jeżeli autor ma coś przeciwko, proszę o kontakt: