Pierdolony, melancholijny nastrój, znów wraca. Gdy nie ma się ochoty na nic. Ja, ławka nad zalewem, wiatr, zachód słońca, Towary Zastępcze i inne akcesoria sprzyjające rozmyślaniu. Później do mych uszu dociera Dahlia's Tear, Neurosis, a organizm dopada błogi, regenerujący, popołudniowy sen. Myśli kotłujące się w głowie.
Chciałbym napisać dziś nie tylko o muzyce. Nie tylko o jednym wykonawcy. Jednak wszystko musi mieć swoje miejsce. Trzeba trzymać się utartego schematu. Więc dzisiaj tylko, a może aż o Dahlia's Tear. Tworzy niesamowity nastrój. Dynamiczna, prężna, ale jednocześnie cicha i spokojna. Budzi niepokój. Jakby ktoś w ciemną noc zaczął ci szeptać do ucha. Niszowa? Czy w dobie internetu cokolwiek potrafi być jeszcze niszowe? Nie wiem.
Under Seven Skies. Bez zbędnych ozdobników. Dark ambient? Muzyka tła? Port, do którego zawijają statki z różnych gatunków muzycznych, które łączy jakiś jeden, niezbadany czynnik. Bo do tego portu zawija Arcana, która czerpie pełnymi garściami z Dead Can Dance, ale też np. Burzum, który jest bliski raczej fanom muzyki blackmetalowej.
Ta cholerna jednostajność, niepokój. Ma się wrażenie, że za chwilę się coś wydarzy. Ale nic się nie dzieje. Muzyka płynie. Nie wiem, czy to dalej ambient. Czy to dalej muzyka, która nie wymaga dla siebie uwagi. Ten album wykracza chyba poza te ramy. Z resztą, jestem jeszcze młokosem i może za wcześnie, żebym bawił się w szufladkowanie. Płyniemy po omacku, bo nie wiemy gdzie nas ta muzyka doprowadzi. Słuchając rocka, wiesz, że za chwilę powtórzy się refren. Że usłyszysz po raz kolejny ten sam riff. Tutaj jest inaczej. Rytmika i melodyjność nabierają nowego znaczenia. Wszystko się dzieje, jakby przypadkiem. Ale niewątpliwie, przypadkowe nie jest. Przejmujące, czasem ledwie słyszalne wokale. Jakby gdzieś w tle. To jest to.
To jest dzisiaj moje lekarstwo.
Chciałbym napisać dziś nie tylko o muzyce. Nie tylko o jednym wykonawcy. Jednak wszystko musi mieć swoje miejsce. Trzeba trzymać się utartego schematu. Więc dzisiaj tylko, a może aż o Dahlia's Tear. Tworzy niesamowity nastrój. Dynamiczna, prężna, ale jednocześnie cicha i spokojna. Budzi niepokój. Jakby ktoś w ciemną noc zaczął ci szeptać do ucha. Niszowa? Czy w dobie internetu cokolwiek potrafi być jeszcze niszowe? Nie wiem.
Under Seven Skies. Bez zbędnych ozdobników. Dark ambient? Muzyka tła? Port, do którego zawijają statki z różnych gatunków muzycznych, które łączy jakiś jeden, niezbadany czynnik. Bo do tego portu zawija Arcana, która czerpie pełnymi garściami z Dead Can Dance, ale też np. Burzum, który jest bliski raczej fanom muzyki blackmetalowej.
Ta cholerna jednostajność, niepokój. Ma się wrażenie, że za chwilę się coś wydarzy. Ale nic się nie dzieje. Muzyka płynie. Nie wiem, czy to dalej ambient. Czy to dalej muzyka, która nie wymaga dla siebie uwagi. Ten album wykracza chyba poza te ramy. Z resztą, jestem jeszcze młokosem i może za wcześnie, żebym bawił się w szufladkowanie. Płyniemy po omacku, bo nie wiemy gdzie nas ta muzyka doprowadzi. Słuchając rocka, wiesz, że za chwilę powtórzy się refren. Że usłyszysz po raz kolejny ten sam riff. Tutaj jest inaczej. Rytmika i melodyjność nabierają nowego znaczenia. Wszystko się dzieje, jakby przypadkiem. Ale niewątpliwie, przypadkowe nie jest. Przejmujące, czasem ledwie słyszalne wokale. Jakby gdzieś w tle. To jest to.
To jest dzisiaj moje lekarstwo.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz