W sumie, to chcąc nie chcąc - zostałam zmuszona do napisania czegokolwiek. Na razie Mariusz sam jeden, biedny, męczy się z publikowaniem swoich wypocin, więc trzeba wesprzeć - w tym wypadku - kolegę "po fachu", i swoje wypociny opublikować również.
Tak więc, myśląc "o czym by tu..." wpadłam na pomysł, by napisać na temat swojej największej, acz dawno nie odświeżanej, muzycznej miłości, mianowicie zespołu o wdzięcznej, i jakże wymownej nazwie Radiohead. Swoją przygodę z nim zaczęłam... ładnych parę lat temu... trzy? Załóżmy, że trzy. Kid A. To pamiętam jak dziś. Pierwszy utwór? Idioteque. W sumie, najpierw był Idioteque, później poszło za ciosem - Kid A, a jeszcze poźniej dyskografia, znana do tej pory praktycznie na pamięć. Co mnie urzekło, to wokalista. Od pierwszego przesłuchania, miłość bez dwóch zdań. Dozgonna. Głos, który jest w stanie wyrazić wszystko; takiej ekspresji chyba nie było dane poznać moim uszom już nigdy. "I'll laugh untill my head comes off", na granicy załamania, przejmujący dreszcz, który opanowuje całe ciało, od czubka głowy aż po koniuszki palców. Zaciskające się gardło, mimowolnie zamykające oczy... Kid A chłonęłam już całą sobą. Ile to razy, leżąc w pokoju i drzemiąc, w półśnie słuchałam tego albumu, ile razy uśmiechałam się sama do siebie słysząc te utwory, naprawdę nie wiem.
Co jeszcze urzekło mnie w Radiogłowych? Niekonwencjonalne podejście do muzyki, odkrywanie nowych horyzontów, ciągłe eksperymentowanie - co warto podkreślić - zawsze ze skutkiem wręcz fenomenalnym. Niewiele jest zespołów które nagrywają płyty o takim zakresie gatunkowym, tak różnorodne, jak Radiohead. Zespołów niewiele, jeszcze mniej udanych projektów. Przeważnie jest tak, że jeśli zespół wyłamie się z jakiejś wcześniej nakreślonej konwencji, traci on fanów, którzy spodziewali się czegoś zupełnie nowego i starego. Może tym się różnią fani R. od innych fanów - nigdy nie powielają swoich oczekiwań co do kolejnych albumów...
To nie jest zespół obojętny, nie można nie mieć zdania na temat ich muzyki. Ich się albo kocha, albo nienawidzi.
Jako mały bonus, jednocześnie update, zamieszczam jedną z najbardziej lirycznych, przejmujących i smutnych piosenek, jakie świat miał okajzę słyszeć. Jedynie dla stabilnych emocjonalnie. Enjoy.
Tak więc, myśląc "o czym by tu..." wpadłam na pomysł, by napisać na temat swojej największej, acz dawno nie odświeżanej, muzycznej miłości, mianowicie zespołu o wdzięcznej, i jakże wymownej nazwie Radiohead. Swoją przygodę z nim zaczęłam... ładnych parę lat temu... trzy? Załóżmy, że trzy. Kid A. To pamiętam jak dziś. Pierwszy utwór? Idioteque. W sumie, najpierw był Idioteque, później poszło za ciosem - Kid A, a jeszcze poźniej dyskografia, znana do tej pory praktycznie na pamięć. Co mnie urzekło, to wokalista. Od pierwszego przesłuchania, miłość bez dwóch zdań. Dozgonna. Głos, który jest w stanie wyrazić wszystko; takiej ekspresji chyba nie było dane poznać moim uszom już nigdy. "I'll laugh untill my head comes off", na granicy załamania, przejmujący dreszcz, który opanowuje całe ciało, od czubka głowy aż po koniuszki palców. Zaciskające się gardło, mimowolnie zamykające oczy... Kid A chłonęłam już całą sobą. Ile to razy, leżąc w pokoju i drzemiąc, w półśnie słuchałam tego albumu, ile razy uśmiechałam się sama do siebie słysząc te utwory, naprawdę nie wiem.
Co jeszcze urzekło mnie w Radiogłowych? Niekonwencjonalne podejście do muzyki, odkrywanie nowych horyzontów, ciągłe eksperymentowanie - co warto podkreślić - zawsze ze skutkiem wręcz fenomenalnym. Niewiele jest zespołów które nagrywają płyty o takim zakresie gatunkowym, tak różnorodne, jak Radiohead. Zespołów niewiele, jeszcze mniej udanych projektów. Przeważnie jest tak, że jeśli zespół wyłamie się z jakiejś wcześniej nakreślonej konwencji, traci on fanów, którzy spodziewali się czegoś zupełnie nowego i starego. Może tym się różnią fani R. od innych fanów - nigdy nie powielają swoich oczekiwań co do kolejnych albumów...
To nie jest zespół obojętny, nie można nie mieć zdania na temat ich muzyki. Ich się albo kocha, albo nienawidzi.
Jako mały bonus, jednocześnie update, zamieszczam jedną z najbardziej lirycznych, przejmujących i smutnych piosenek, jakie świat miał okajzę słyszeć. Jedynie dla stabilnych emocjonalnie. Enjoy.
1 komentarz:
moja przygoda z RH też zaczęła się od Kid A. (yy nie zaczynałyśmy przypadkiem razem, dzięki słynnej kolekcji płyt pewnego Wuja Ryszarda? - nie pamiętam dokładnie). Pierwszy utwór-Everything is on its right place, ale pierwsza miłość też Idioteque. I też zachwyca mnie ich różnorodność, olbrzymi wachlarz brzmień, olbrzymi wachlarz nastrojów, jakie u mnie wywołują. Coś pięknego.. Pozostaje tylko czekać na cud zjawienia się Toma i reszty na Openerze... ;) lub udać się w podróż życia (wydać wszystkie oszczędności, okraść bank) i jechać na jakiegoś Roskilde'a ;) hihi
Prześlij komentarz