Wybieranie "na oślep" muzyki, którą chce sie poznać, często ma dość nieoczekiwane i fantastyczne skutki. Niby myślimy sobie, że "nie, bo to chała, wygląda okrutnie, nazwa jest mało ambitna, co to za gatunek do jasnej cholery?!"; ale jednak diabeł siedzący w nas kusi, i trochę poza świadomością jednak ściągamy ten album. Powyżej opisany proces doprowadził mnie niegdyś do Bonobo. Ot, taki sobie wykonawca, z którym styczność po raz pierwszy miałam na blogu kolegi, gdzie zwykł on zamieszczać linki do swoich mega-alternatywnych (pff) muzycznych inspiracji i bogów. No co, w końcu raz się żyje. Niby downtempo, niby cośtam, że chillout, no to dawaj. Dodatkowo skusiła mnie etykietka Ninja Tune, prestiżowej wytwórni (chyba londyńskiej ale nic sobie nie daję uciąć); znałam już paru wykonawców z nią związanych, tj. Jaga Jazzist, Fink czy Skalpel, więc pomyślałam sobie, że to może być coś naprawdę wartego mojej uwagi. W sumie, to się nie myliłam.
Pierwszy album z jakim sie zetknęłam do "Days To Come". Po jakimś czasie, i ściślejszą więzią między innymi jego albumami, moim skromnym zdaniem najlepszym krążkiem okazał się być "Dial 'M' For Monkey". Jak dla mnie, jest to muzyka do słuchania, uczenia się, czytania albo spania. Wiem, że to może być mało wymiernym wyznacznikiem, bo ogólnie mogę wszystko robić słuchając muzyki; albo odwrotnie: niewiele mogę robić jej nie słuchając. Dość spokojna, mało ekspresyjna - nie odwraca uwagi od właśnie wykonywanej czynności ;) i taka bardzo sympatyczna, mówiąc po prostu. Co mnie osobiście pociąga w Bonobo to to, że można w niektórych kawałkach odnaleźć korzenie jazzowe. Bo ja jestem taki, można rzec, jazzowy zwierz.
Brakuje mi zakończenia w tej notce, nie mogę się skupić na pisaniu, bo moją głowę zaprząta teraz jedna myśl - francuski. Wybaczcie więc, nieskładność etc etc etc, obiecuję że w następnym wydaniu się poprawię.
Pierwszy album z jakim sie zetknęłam do "Days To Come". Po jakimś czasie, i ściślejszą więzią między innymi jego albumami, moim skromnym zdaniem najlepszym krążkiem okazał się być "Dial 'M' For Monkey". Jak dla mnie, jest to muzyka do słuchania, uczenia się, czytania albo spania. Wiem, że to może być mało wymiernym wyznacznikiem, bo ogólnie mogę wszystko robić słuchając muzyki; albo odwrotnie: niewiele mogę robić jej nie słuchając. Dość spokojna, mało ekspresyjna - nie odwraca uwagi od właśnie wykonywanej czynności ;) i taka bardzo sympatyczna, mówiąc po prostu. Co mnie osobiście pociąga w Bonobo to to, że można w niektórych kawałkach odnaleźć korzenie jazzowe. Bo ja jestem taki, można rzec, jazzowy zwierz.
Brakuje mi zakończenia w tej notce, nie mogę się skupić na pisaniu, bo moją głowę zaprząta teraz jedna myśl - francuski. Wybaczcie więc, nieskładność etc etc etc, obiecuję że w następnym wydaniu się poprawię.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz