Pewnego piątkowego wieczora oddawałem się wraz z przyjaciółkami czystej, hedonistycznej, pozbawionej głębi, metafizyki i nie wyznaczającej celów dla narodu polskiego rozrywce. Wybrałem się na koncert Dick4Dick. Zespół na scenie w białostockiej Famie dzielnie wspomagał Leon Dziemaszkiewicz, odprawiając dumnie swój performance.
Na zaprawę zupka chmielowa, później dupa w autobus, kasa biletowa, Fama. Minęła dłuższa chwila, zeszło się jeszcze trochę gawiedzi i zgasły światła. Nie zdążyłem się więc bliżej przyjrzeć komiksowi "Dick4Dick vs Zordax". Na białym ekranie z cudowną pomocą projektora pojawiły się dwa, naprawdę ciekawe filmy krótkometrażowe i kilka teledysków zespołu. Papierosowy dym, atmosfera zniecierpliwienia. W końcu nadeszła pora na główny punkt programu.
Jak to zwykle bywa, towarzystwo potrzebuje nieco czasu, aby się rozkręcić. Tak więc dopiero po kilku numerach, postanowiłem dopchać się pod samą scenę, aby zbadać bacznie całe widowisko. Leon nieustannie wychodził i wchodził, to w damskim stroju kąpielowym, to w świńskiej masce, by później wić się przed sceną, jak ryba na lądzie, albo puścić po widowni szpulkę dziwacznej wstążki. Czas płynął sam, chociaż w setliście chętnie widziałbym trochę więcej numerów z "Silver Ballads". Nasze diki powychodziły w majtach, z gołymi łydami, w okularach przeciwsłonecznych, pomalowani to tu, to tam. Niezwykle energetyczny występ, pełen urozmaiceń, znakomitego kontaktu z publicznością. Wszystko zagrane na najwyższym poziomie, później bis, który rozpoczął się od "Wet And Dirty". Nie usłyszeliśmy też "Technology" na żywo - niestety, robiło za tło przed bisem, dla Leona. Nagłośnienie nie było najgorsze, chociaż wokal nie zawsze dawał radę wyraźnie się przebić nad resztę instrumentarium. Publiczność zrobiła się żwawsza dopiero przy końcowych, nieco mocniejszych numerach. W tle ciągle wizualizacje. Koniec. Sam nie wiem kiedy. Część towarzystwa wymyła się od razu do domu, część została. Muzycy nie wsiąkli jak kamień w wodę na jakimś afterparty, lecz grzecznie zbierali swoje zabawki. Można było podejść, zamienić kilka słów, wziąć autograf czy co się tam nam tylko żywnie podoba.
Niezłe brzmienie, świetne zaplecze wizualne i artystyczne, widowiskowy show, mnóstwo energii na scenie.Bezrefleksyjna, współczesna... sztuka? W każdym bądź razie bawiłem się wyśmienicie. Pozdro dla Edyty i Żanety, które dotrzymywały mi dumnie kroku i uczestniczyły w moim prywatnym performance, już długo po zakończeniu imprezy ;P
Na zaprawę zupka chmielowa, później dupa w autobus, kasa biletowa, Fama. Minęła dłuższa chwila, zeszło się jeszcze trochę gawiedzi i zgasły światła. Nie zdążyłem się więc bliżej przyjrzeć komiksowi "Dick4Dick vs Zordax". Na białym ekranie z cudowną pomocą projektora pojawiły się dwa, naprawdę ciekawe filmy krótkometrażowe i kilka teledysków zespołu. Papierosowy dym, atmosfera zniecierpliwienia. W końcu nadeszła pora na główny punkt programu.
Jak to zwykle bywa, towarzystwo potrzebuje nieco czasu, aby się rozkręcić. Tak więc dopiero po kilku numerach, postanowiłem dopchać się pod samą scenę, aby zbadać bacznie całe widowisko. Leon nieustannie wychodził i wchodził, to w damskim stroju kąpielowym, to w świńskiej masce, by później wić się przed sceną, jak ryba na lądzie, albo puścić po widowni szpulkę dziwacznej wstążki. Czas płynął sam, chociaż w setliście chętnie widziałbym trochę więcej numerów z "Silver Ballads". Nasze diki powychodziły w majtach, z gołymi łydami, w okularach przeciwsłonecznych, pomalowani to tu, to tam. Niezwykle energetyczny występ, pełen urozmaiceń, znakomitego kontaktu z publicznością. Wszystko zagrane na najwyższym poziomie, później bis, który rozpoczął się od "Wet And Dirty". Nie usłyszeliśmy też "Technology" na żywo - niestety, robiło za tło przed bisem, dla Leona. Nagłośnienie nie było najgorsze, chociaż wokal nie zawsze dawał radę wyraźnie się przebić nad resztę instrumentarium. Publiczność zrobiła się żwawsza dopiero przy końcowych, nieco mocniejszych numerach. W tle ciągle wizualizacje. Koniec. Sam nie wiem kiedy. Część towarzystwa wymyła się od razu do domu, część została. Muzycy nie wsiąkli jak kamień w wodę na jakimś afterparty, lecz grzecznie zbierali swoje zabawki. Można było podejść, zamienić kilka słów, wziąć autograf czy co się tam nam tylko żywnie podoba.
Niezłe brzmienie, świetne zaplecze wizualne i artystyczne, widowiskowy show, mnóstwo energii na scenie.Bezrefleksyjna, współczesna... sztuka? W każdym bądź razie bawiłem się wyśmienicie. Pozdro dla Edyty i Żanety, które dotrzymywały mi dumnie kroku i uczestniczyły w moim prywatnym performance, już długo po zakończeniu imprezy ;P
2 komentarze:
hihihihihhihihihi no tak, performance Mańczuka był najlepszym wydarzeniem tego wieczoru - wygłupy dicków czy Leona nie umywają się, żałuj kto nie widzial!
jeszcze się trzyma ekscytacja? nieźle!
Prześlij komentarz