Chwilę nic nie pisałem, bo i poprzestawiało się u mnie trochę, ale czas nadrobić zaległości. Do dzieła więc.
All is Violent, all is Bright irlandzkiej formacji God Is an Astronaut wpadło mi w ręce przypadkiem. Na szczęście nie jest to ludowa muzyka Irlandzka, dlatego możecie przeczytać tego posta do końca. Nie, żeby było z nią coś nie tak, ale.... Przygoda zaczęła się chyba już standardowo. Ot, jeden z tych linków podsyłanych przez Rudego na gadu, albo wygrzebanych na facebooku lub forum wpadł mi w ucho i od niechcenia postanowiłem sprawdzić z czym to się je. Zważywszy, że nie jestem z nowościami i ogólnie z nową dla mnie muzyką ostatnio specjalnie do przodu, trzeba było spróbować - dla przerwania monotonii - czegoś świeżego. Od dawna nie słyszałem nic, co by mnie w jakikolwiek sposób oczarowało, powaliło na kolana. Do czasu.
Jaki jest ten album? Rzekłbym, że w pewien sposób magiczny. Instrumentalny. To na pewno. Ma w sobie mnóstwo pozytywnej energii, cholernie ciepłego brzmienia. Od spokojnych dźwięków muzyka często przechodzi w mocne uderzenie. Cholernie melodyjnie, blisko słuchacza, jakby to wszystko działo się gdzieś w mojej głowie. Bez wirtuozerii, piętnastominutowych solówek. Proste, nowoczesne brzmienie. Do tego równo jak przy użyciu pionu, bo nie mogę wyłonić "tego jedynego". No dobrze, pewien sentyment mam do kawałka tytułowego, ale zawsze tak jakoś jest, że ten drugi na płycie jest tym, do którego najczęściej wracam, więc faktu tego bym nie brał pod rozwagę. Muzyka, do której będę wracał przy przeróżnych okazjach. Dodawać nic więcej chyba nie trzeba, spróbujcie sami.
All is Violent, all is Bright irlandzkiej formacji God Is an Astronaut wpadło mi w ręce przypadkiem. Na szczęście nie jest to ludowa muzyka Irlandzka, dlatego możecie przeczytać tego posta do końca. Nie, żeby było z nią coś nie tak, ale.... Przygoda zaczęła się chyba już standardowo. Ot, jeden z tych linków podsyłanych przez Rudego na gadu, albo wygrzebanych na facebooku lub forum wpadł mi w ucho i od niechcenia postanowiłem sprawdzić z czym to się je. Zważywszy, że nie jestem z nowościami i ogólnie z nową dla mnie muzyką ostatnio specjalnie do przodu, trzeba było spróbować - dla przerwania monotonii - czegoś świeżego. Od dawna nie słyszałem nic, co by mnie w jakikolwiek sposób oczarowało, powaliło na kolana. Do czasu.
Jaki jest ten album? Rzekłbym, że w pewien sposób magiczny. Instrumentalny. To na pewno. Ma w sobie mnóstwo pozytywnej energii, cholernie ciepłego brzmienia. Od spokojnych dźwięków muzyka często przechodzi w mocne uderzenie. Cholernie melodyjnie, blisko słuchacza, jakby to wszystko działo się gdzieś w mojej głowie. Bez wirtuozerii, piętnastominutowych solówek. Proste, nowoczesne brzmienie. Do tego równo jak przy użyciu pionu, bo nie mogę wyłonić "tego jedynego". No dobrze, pewien sentyment mam do kawałka tytułowego, ale zawsze tak jakoś jest, że ten drugi na płycie jest tym, do którego najczęściej wracam, więc faktu tego bym nie brał pod rozwagę. Muzyka, do której będę wracał przy przeróżnych okazjach. Dodawać nic więcej chyba nie trzeba, spróbujcie sami.
Na zachętę teledysk do utworu z innej płyty:
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz