środa, 19 listopada 2008

What do you Fink?

Muzyka to do siebie ma, że nam przywodzi na myśl konkretne skojarzenia, które możemy sobie związać z obrazami, zapachami, czymkolwiek tylko zechcemy. Jeśli chodzi o tego wykonawcę, jednym z pierwszych skrótów myślowych jakie nawiedziły moją pustą główkę, była deszczowa, szarobura, londyńska aura. Jak się okazało, moje przeczucie było trafne, ponieważ formacja jest brytyjska. I robi naprawdę brytyjską muzykę.

Przyznam się bez bicia, że na wszystko z etykietką "ninja tune" reaguję entuzjastycznie. Ale w tym wypadku najpierw była muzyka, a poźniej dopiero szperanie tu i ówdzie w celu pozyskania informacji. Znajoma podrzuciła mi absolutne multum muzyki, o które ją prosiłam. Taką "jej" muzykę. Znalazłam tam wiele wartego uwagi, ale o tym może kiedy indziej ;) - przede wszystkim pierwszą rzeczą która mnie zafascynowała, wręcz zahipnotyzowała, był właśnie Fink. Pierwszy "mój" album: Biscuits for Breakfast. Kolejny: "Distance and Time", który obecnie uważam za lepszy. Ale to się zmienia, kiedyś miałam bzika na punkcie tego poprzedniego. Więc, mną sie prosze nie sugerować podczas wybierania kolejności testowania.

Stonowane, spokojne dźwięki, jednak nie pozbawione ekspresji. Bez przerysowania, kojące, przeszywające, jak gorzka czekolada z chilli, jeśli mam już tak mocno obrazować. Łączą w sobie przeciwstawne pierwiastki, które są idealnie sparowane. Przewijającym się, głównym instrumentem jest gitara, dodatkowo wspomagana przez bas i inne plumkające cuda. Nie będę pisać więcej o stronie technicznej, gdyż aż tak bardzo to się w tej materii niestety - a może na szczęście - nie orientuję. Za to, jedną chyba z najmocniejszych stron Finka są teksty. Nie jest to taka poezja na siłę, nie jest to też banalne ujmowanie praw rządzących światem czy pociągu fizycznego do płci przeciwnej, nie jest to też mega-dołowe użalańsko, które powoduje 'płacz i zgrzytanie zębów'. One są... brakuje mi słów żeby je opisać. To trzeba po prostu poczuć i zrozumieć. W tym wypadku to, co muzyka oddaje swoją melodią i nastrojem, zostało idealnie zdefiniowane przez tekst, który nie przeszkadza ani nie potęguje wymowy instrumentalnej.

Z lubością wracam wciąż, niezależnie od nastroju. Polecam wszystkim, gorąco, w ten zajebiście zimny wieczór, który spędzam przy protistach. Cokolwiek to znaczy.

Na zachętę, tradycyjnie już:

środa, 12 listopada 2008

Czarny afrodyzjak

Tak naprawdę, to nie będzie do końca o kawie. Po prostu wczorajszego wieczora, w niesamowicie dobry nastrój wprawiła mnie pewna piosenka. Wraz z animowanym teledyskiem stanowi wyjątkowe połączenie humoru i dobrej muzyki. Utwór autorstwa Oldelaf & Mounsieur D. Polecam.



poniedziałek, 10 listopada 2008

Tak to się robi nad Wisłą

Miałem nie pisać o metalu, bo grafomanów wypluwających teksty o tej muzyce jest już chyba dość, a sam w tym gatunku nie jestem już tak zakorzeniony, jak kiedyś. Jakby tego było mało, w metalowym światku istnieje maniera zaczynania recenzji wstępem, w którym autor na ogół przechwala się czego to nie słyszał, z czego nie czerpią artyści etc., a to wszystko jest dalekie od tego, jak poznaję muzykę i jakie stawiam sobie przy tym priorytety.

Jakoś umknął mi więc majowy debiut projektu Black River. Zebrało się kilku chłopców z Vader, Behemoth, Rootwater i Neolithic i weszli razem do studia.

Przechodząc do meritum, chociaż to naprawdę dobry krążek, to albo ja już stetryczałem, albo niektórym recenzentom już coś zaszkodziło. Wolałbym tą drugą opcję, bo do świetnego masteringu, klasycznego i analogowego brzmienia to temu albumowi dużo brakuje i jeżeli komuś się wydaje, że tak właśnie jest, to chyba za dużo się naczytał materiałów promocyjnych. Na "Black River" słychać dokładnie takie same, wypicowane brzmienie jak u wielu innych kapel. Wszystko jest wypieszczone, wygładzone i próżno tutaj szukać jakiegoś brudu (chyba, że przesterowania spowodowane kompresją dynamiki można tak nazwać ;) ). No, ale to już niemal maniera przy wydawaniu płyt, a jeżeli ktoś nie wierzy, niech sobie wklepie gdzie trzeba "loudness war", albo poczyta o tym, co zrobiła Metallica ze swoim ostatnim albumem, bo ja nie będę tym przynudzał, bo to nie czas i miejsce. Ten album jest zrealizowany na współczesną modłę i żadne zaklinanie rzeczywistości tego nie zmieni.

Przejdźmy więc może do strony czysto muzycznej, bo od technicznych spraw to są blogi IT. Czuć, że muzycy bawili się wybornie przy nagrywaniu płyty. Czuć radość, spontaniczność, świeżość i mnóstwo energii. Szybkie, melodyjne, kopiące po dupie refreny i znakomite riffy. Dziewięć kompozycji i akustyczny bonus, dają niespełna 40 minut świetnej zabawy. Szkoda, że tak krótko, ale z drugiej strony nie ma tutaj miejsca na kiepskie numery, rozwleczone refreny i inne rzeczy, które mogłyby popsuć ogólne wrażenie. Słowem - bez kompromisów. Dawno nie było mi dane słyszeć tak dobrej, metalowej płyty z kraju nad Wisłą.

Nigdy nie przepadałem też za wokalem Macieja Taffa, a "Black River" tylko mnie w tym utwierdził, szczególnie, że liryki w całości są po angielsku, a temu panu w moim przekonaniu lepiej wychodzi śpiewanie w ojczystym języku. Ogólnie jestem wybredny dość w tej kwestii, bo naprawdę rzadko czyjakolwiek barwa głosu tak do końca mi odpowiada. Mimo, że daleka od moich prywatnych preferencji, ta strona albumu również nie odstaje od reszty. Musiałbym czepiać się na siłę.

Podsumowując, jest mi niezmiernie miło, że nasza scena nie stoi w miejscu, że coś się dzieje, że pojawił się taki projekt. Wolałbym jednak, aby takie nagrania tworzyli ludzie, którzy na metalowej scenie nie zrobili sobie jeszcze miejsca, nie grali w kapelach z najwyższej półki. Chciałbym po prostu trochę świeżej krwi.


piątek, 7 listopada 2008

Czilałtowo...

Jest chyba tylko jedna taka składanka, do której wracam tak często - Buddha Bar I. Claude Challe wykonał kawał naprawdę dobrej roboty. W dobieraniu i mixowaniu pasujących do siebie utworów - różnych w końcu wykonawców - osiągnął poziom, którego w moim prywatnym mniemaniu nie udało się jeszcze nikomu przeskoczyć. Buddha Bar jest po prostu spójne, kompletne. Chociaż zostało wydane już 10 części, a mi było dane słyszeć większość z nich, to "jedynka" jest szczególnie bliska moim uszom.

Krążek pierwszy jest zatytułowany "Dinner", drugi "Party". Nie jest to składanka jak wiele innych. Trzeba ją przesłuchać od początku do końca, bo po prostu na to zasłużyła. Tworzy niesamowitą atmosferę, która nie jest bez związku z jej nazwą. Bo jeżeli po osiągnięciu Nirwany, znajdziemy się w jakimś miejscu, to w szafie grającej tego przybytku ten album będzie na pierwszej pozycji.

Nie będę się dziś rozpisywał. Od, taka krótka notka. Po prostu. Spróbujcie sami.