czwartek, 30 października 2008

Pętla

Pierdolony, melancholijny nastrój, znów wraca. Gdy nie ma się ochoty na nic. Ja, ławka nad zalewem, wiatr, zachód słońca, Towary Zastępcze i inne akcesoria sprzyjające rozmyślaniu. Później do mych uszu dociera Dahlia's Tear, Neurosis, a organizm dopada błogi, regenerujący, popołudniowy sen. Myśli kotłujące się w głowie.

Chciałbym napisać dziś nie tylko o muzyce. Nie tylko o jednym wykonawcy. Jednak wszystko musi mieć swoje miejsce. Trzeba trzymać się utartego schematu. Więc dzisiaj tylko, a może aż o Dahlia's Tear. Tworzy niesamowity nastrój. Dynamiczna, prężna, ale jednocześnie cicha i spokojna. Budzi niepokój. Jakby ktoś w ciemną noc zaczął ci szeptać do ucha. Niszowa? Czy w dobie internetu cokolwiek potrafi być jeszcze niszowe? Nie wiem.

Under Seven Skies. Bez zbędnych ozdobników. Dark ambient? Muzyka tła? Port, do którego zawijają statki z różnych gatunków muzycznych, które łączy jakiś jeden, niezbadany czynnik. Bo do tego portu zawija Arcana, która czerpie pełnymi garściami z Dead Can Dance, ale też np. Burzum, który jest bliski raczej fanom muzyki blackmetalowej.

Ta cholerna jednostajność, niepokój. Ma się wrażenie, że za chwilę się coś wydarzy. Ale nic się nie dzieje. Muzyka płynie. Nie wiem, czy to dalej ambient. Czy to dalej muzyka, która nie wymaga dla siebie uwagi. Ten album wykracza chyba poza te ramy. Z resztą, jestem jeszcze młokosem i może za wcześnie, żebym bawił się w szufladkowanie. Płyniemy po omacku, bo nie wiemy gdzie nas ta muzyka doprowadzi. Słuchając rocka, wiesz, że za chwilę powtórzy się refren. Że usłyszysz po raz kolejny ten sam riff. Tutaj jest inaczej. Rytmika i melodyjność nabierają nowego znaczenia. Wszystko się dzieje, jakby przypadkiem. Ale niewątpliwie, przypadkowe nie jest. Przejmujące, czasem ledwie słyszalne wokale. Jakby gdzieś w tle. To jest to.

To jest dzisiaj moje lekarstwo.


Bonobo

Wybieranie "na oślep" muzyki, którą chce sie poznać, często ma dość nieoczekiwane i fantastyczne skutki. Niby myślimy sobie, że "nie, bo to chała, wygląda okrutnie, nazwa jest mało ambitna, co to za gatunek do jasnej cholery?!"; ale jednak diabeł siedzący w nas kusi, i trochę poza świadomością jednak ściągamy ten album. Powyżej opisany proces doprowadził mnie niegdyś do Bonobo. Ot, taki sobie wykonawca, z którym styczność po raz pierwszy miałam na blogu kolegi, gdzie zwykł on zamieszczać linki do swoich mega-alternatywnych (pff) muzycznych inspiracji i bogów. No co, w końcu raz się żyje. Niby downtempo, niby cośtam, że chillout, no to dawaj. Dodatkowo skusiła mnie etykietka Ninja Tune, prestiżowej wytwórni (chyba londyńskiej ale nic sobie nie daję uciąć); znałam już paru wykonawców z nią związanych, tj. Jaga Jazzist, Fink czy Skalpel, więc pomyślałam sobie, że to może być coś naprawdę wartego mojej uwagi. W sumie, to się nie myliłam.
Pierwszy album z jakim sie zetknęłam do "Days To Come". Po jakimś czasie, i ściślejszą więzią między innymi jego albumami, moim skromnym zdaniem najlepszym krążkiem okazał się być "Dial 'M' For Monkey". Jak dla mnie, jest to muzyka do słuchania, uczenia się, czytania albo spania. Wiem, że to może być mało wymiernym wyznacznikiem, bo ogólnie mogę wszystko robić słuchając muzyki; albo odwrotnie: niewiele mogę robić jej nie słuchając. Dość spokojna, mało ekspresyjna - nie odwraca uwagi od właśnie wykonywanej czynności ;) i taka bardzo sympatyczna, mówiąc po prostu. Co mnie osobiście pociąga w Bonobo to to, że można w niektórych kawałkach odnaleźć korzenie jazzowe. Bo ja jestem taki, można rzec, jazzowy zwierz.
Brakuje mi zakończenia w tej notce, nie mogę się skupić na pisaniu, bo moją głowę zaprząta teraz jedna myśl - francuski. Wybaczcie więc, nieskładność etc etc etc, obiecuję że w następnym wydaniu się poprawię.




niedziela, 26 października 2008

Czas pohałasować!

Dziś krótko. Na dniach naszło mnie, żeby w końcu bliżej przyjrzeć się twórczości Venetian Snares. Poukładany hałas? Tak to się mówiło o Aphex Twin? Muzyka w wielu miejscach podobna, a z drugiej strony na wskroś inna. Pozorny chaos, przeplata się z melancholijnymi dźwiękami imitującymi skrzypce czy inne orkiestrowe instrumenty. Muzyka dwutorowa, ciężka i potrafiąca wywiercić dziurę w czaszce aż do samego mózgu. Miejscami tak niepoukładana, że ma się ochotę uciec, by za chwilę zadziwić nas doskonałą harmonią, piękną melodią i błogim spokojem. Wtedy nagle znów uderza. Ze zdwojoną siłą.

Każdy ma chyba takie płyty, takie utwory, które pozwalają mu się "wyżyć". Ja do tego worka zdecydowanie mogę wrzucić Venetian Snares. Breakcore? IDM? Nie lubiłem nigdy szufladkować, ale być może to właśnie komuś coś powie. Na skrajnie nastroje.

Czasem muszę zrobić sobie przerwę, nie potrafię strawić niektórych utworów, mój mózg nimi rzyga, mówi głośne "nie". To nie są dźwięki do poduszki. Chociaż bywają cholernie melancholijne. Być może właśnie paradoks, który gdzieś głęboko tkwi w tej muzyce tak mnie urzekł? Nie jestem pewien. Posłuchajcie sami.


niedziela, 19 października 2008

It's always better on the outside...

W sumie, to chcąc nie chcąc - zostałam zmuszona do napisania czegokolwiek. Na razie Mariusz sam jeden, biedny, męczy się z publikowaniem swoich wypocin, więc trzeba wesprzeć - w tym wypadku - kolegę "po fachu", i swoje wypociny opublikować również.

Tak więc, myśląc "o czym by tu..." wpadłam na pomysł, by napisać na temat swojej największej, acz dawno nie odświeżanej, muzycznej miłości, mianowicie zespołu o wdzięcznej, i jakże wymownej nazwie Radiohead. Swoją przygodę z nim zaczęłam... ładnych parę lat temu... trzy? Załóżmy, że trzy. Kid A. To pamiętam jak dziś. Pierwszy utwór? Idioteque. W sumie, najpierw był Idioteque, później poszło za ciosem - Kid A, a jeszcze poźniej dyskografia, znana do tej pory praktycznie na pamięć. Co mnie urzekło, to wokalista. Od pierwszego przesłuchania, miłość bez dwóch zdań. Dozgonna. Głos, który jest w stanie wyrazić wszystko; takiej ekspresji chyba nie było dane poznać moim uszom już nigdy. "I'll laugh untill my head comes off", na granicy załamania, przejmujący dreszcz, który opanowuje całe ciało, od czubka głowy aż po koniuszki palców. Zaciskające się gardło, mimowolnie zamykające oczy... Kid A chłonęłam już całą sobą. Ile to razy, leżąc w pokoju i drzemiąc, w półśnie słuchałam tego albumu, ile razy uśmiechałam się sama do siebie słysząc te utwory, naprawdę nie wiem.
Co jeszcze urzekło mnie w Radiogłowych? Niekonwencjonalne podejście do muzyki, odkrywanie nowych horyzontów, ciągłe eksperymentowanie - co warto podkreślić - zawsze ze skutkiem wręcz fenomenalnym. Niewiele jest zespołów które nagrywają płyty o takim zakresie gatunkowym, tak różnorodne, jak Radiohead. Zespołów niewiele, jeszcze mniej udanych projektów. Przeważnie jest tak, że jeśli zespół wyłamie się z jakiejś wcześniej nakreślonej konwencji, traci on fanów, którzy spodziewali się czegoś zupełnie nowego i starego. Może tym się różnią fani R. od innych fanów - nigdy nie powielają swoich oczekiwań co do kolejnych albumów...

To nie jest zespół obojętny, nie można nie mieć zdania na temat ich muzyki. Ich się albo kocha, albo nienawidzi.

Jako mały bonus, jednocześnie update, zamieszczam jedną z najbardziej lirycznych, przejmujących i smutnych piosenek, jakie świat miał okajzę słyszeć. Jedynie dla stabilnych emocjonalnie. Enjoy.


Jesień

Ktoś przewidział tę jesień, bo staniała wódka
i łatwiej się przyglądać, jak powoli żółkną
listy, których nie wyślę, bo nie mam do kogo,
zdjęcia, których nie spalę, bo nie mam powodu.

Ktoś przewidział tę jesień, bo staniała wódka
i znów zmieniam się nocą w połykacza noży,
w zimnych mieszkaniach dziewcząt nieładnych i smutnych,
od których nie uciekam, bo nie ma już dokąd.
/Żółknięcie - Czerski, Towary Zastępcze


Też macie czasem taki nastrój? Cholernie sentymentalny, depresyjny? Dlatego jest taka muzyka. Męska muzyka. Muzyka do wódki. O niej chcę właśnie napisać. I nie będzie to tekst o albumie Waglewskich. O nim może innym razem. Bo ten album jest "oklepany jak tyłki łatwych dziewcząt".

W życiu ciągle się do czegoś dąży, pędzi i szuka. Gdy zdobywamy te malutkie szczyty, czerpiemy z tego dziką, nieopisaną radość. Ja szukałem pewnej muzyki. Znalazłem. Trochę przypadkiem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że to jest właśnie to. Teraz już wiem.

Poezja. Ten termin nigdy nie kojarzył mi się dobrze. Coś na siłę ambitnego, wymagającego obłożenia się książkami, żeby w ogóle coś z tego wydumanego bełkotu zrozumieć. Skrzywiła mnie szkoła, ale wyprostowałem się już sam. Nie. Nie pomógł mi w tym tomik poezji jakiegoś domorosłego grafomana. Po prostu muzyka.

Towary Zastępcze to zespół pochodzący z Trójmiasta. Grupa artystów, których młodość przypadła na lata 90te. Stworzyli album niepowtarzalny i wyjątkowy. Depresyjny. Ciche Dni, do których ciągle wracam. Teksty, które mnie urzekły są proste i piękne. Okraszone wyjątkowymi dźwiękami. Album kompletny, dobrze zaaranżowany i nagrany. Ze smaczkami - tu i ówdzie kobiecy głos. Modulacja. Syntezator mowy. Zimny, bezosobowy, bezduszny. Powtarza tą samą kwestię, co wokalista. Dirty Danzing.

Jestem bezkrytyczny. Bo ciężko byłoby mi znaleźć coś, do czego mógłbym się przyczepić. Biorąc pod uwagę moje upierdliwe usposobienie, to naprawdę zdarza się nieczęsto. Może dlatego, że przyszła jesień. Ciągle odkrywam w tych nagraniach coś nowego. Za każdym razem rozumiem teksty na nowo, na swój sposób. Nie potrzebuję do tego jakiegoś profesora z magistrem, ani żadnych mądrych książek. Może właśnie to mnie najbardziej urzekło? Może to, że widzę tyle analogii do swojego życia?


www.towary.art.pl
- do pobrania za darmo i legalnie.